Siedzimy nad beczka tak wielka, ze oboje zmiescilibysmy sie do srodka nawet w butach na koturnach i barbórkowych kapeluszach. Beczka pelna soli, chyba wiesz, co to znaczy? Lyzka w garsc i do dziela! Trzy-czte-ry!

Zapalasz papierosa i z dymem snujesz opowiesc o nowej fryzurze. Pieknie wygladasz, jak z zurnala masz makijaz, kosci policzkowe ostre jak sztylety, tylko bielmem zakryte oko nie zwrociloby sie ku tobie... Slucham, a ze usta mam wolne, to zatykam je sobie na dobry poczatek kopiasta lyzka drobno-mielonej. Nawet gladko wchodzi. Miedle jezykiem i rozpuszczam, sluchajac cie uwaznie. Ty bajasz, az sie kurzy. Ledwo oddech lapie w gestej atmosferze nad beczka. Czuje, ze niepredko mnie do glosu dopuscisz. Zapycham sie zatem sola, zeby czyms zajac niczyje rece i usta.

Jestes szczupla i modnie ubrana, na krzeselku wykwintnie wyeksponowana, taka sliczna, taka madra, taka cacy; a ja jestem wielkie ucho - wielkie, zeby cie lepiej slyszec - wielkie ucho, z wielkimi nogami, z grubymi udami – grubymi, zeby mocniej sciskac napeczniala beczke soli. Nasza beczke. Naszej soli.

Dziwnym trafem twoja lyzka polamala sie o tipsa.

Moja twarda, debowa, slon jej nie rozdepcze.

Tylko jedna lyzke mamy, zeby te przyjazn przegryzc...

Mow do mnie, moze nie zwroce...

fumador: 'NaCl'

You are viewing the text version of this site.

To view the full version please install the Adobe Flash Player and ensure your web browser has JavaScript enabled.

Need help? check the requirements page.

Get Flash Player